| Nasza-szkoła.hej!!! |
| Redaktor: Monika Wiatowska | |
| 29.03.2010. | |
|
Nadeszła wiosna. Zniknął z ulic śnieg i lód. Jadę ulicą Gimnazjalną, mijam budynek Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Jana III Sobieskiego. W przyszłym roku minie 40 lat, gdy odeszłam stąd ze świadectwem maturalnym. Szkoła w remoncie , a mimo to pracuje. Harmonogram robót imponujący: kompletna termomodernizacja budynku, remont sali gimnastycznej ,auli, sali audiowizualnej, sanitariatów, wykonanie wejścia dla niepełnosprawnych. Już widać nowe okna i tynki, piękna oszklona klatka schodowa błyśnie w słońcu. Władze miasta zafundowały lifting matecznikowi piekarskiej inteligencji i to za sumę ponad 3100 000 zł , z czego ¼ to środki własne , a reszta z EFRR. W 2012 roku budynek szkoły ukończy 80 lat. Aktualnie jest to szkoła trzech pokoleń: uczniowie, nauczyciele i Piekarski Uniwersytet Trzeciego Wieku. Szkołę można oceniać z różnego punktu widzenia ,ale najważniejsze kryterium to jej absolwenci. Jest nas już kilka tysięcy. Ta liczba rośnie z roku na rok. Mało jest dziedzin i miejsc pracy, gdzie nas nie ma : humaniści, ścisłowcy , inżynierowie, lekarze, duchowni, prawnicy, nauczyciele, dziennikarze ,naukowcy, prezydenci miast, posłowie itd. Kiedyś nauka w liceum trwała 4 lata, a więc i więzi miedzy nami i szkołą były silniejsze. Na elewacji, po lewej stronie klatki schodowej jest zegar. Czeka na remont zgodnie z harmonogramem. Zastygł w bezruchu ze starości, albo biedak nie nadążał. Ludzie mówią ,że dzisiaj czas tak goni, że nie opłaca się rozbierać choinki. Zegar i dzwonek to najważniejsze urządzenia w każdej szkole. W czasie odpytywania człowiek wznosi modły, aby ten pierwszy przyspieszył , a ten drugi zadzwonił. Odwrotna sytuacja jest w czasie klasówki, gdy czeka się na upragnioną ściągę. „Za moich czasów" zdarzało się, że wybawieniem z krytycznych sytuacji był koncert. Raz w miesiącu autobus z Filharmonii Śląskiej przywoził do nas artystów i prelegenta, więc resztę lekcji mieliśmy z głowy. Szkoła zawsze dbała o to ,aby uczniowie byli w przyszłości nie tylko świetnymi fachowcami, ale też intelektualistami, tzn. osobnikami, którzy już zawsze będą odczuwać potrzebę nazywaną 2K , co oznacza : książka i kultura. W czasie koncertu uczniowska starszyzna siedziała na balkonie, bo tam można było jeść i grać w okręty. Na parterze , w pierwszym rzędzie siedziało grono profesorskie, a za nimi ciasno na trzeszczących , składanych krzesłach reszta szkoły. W drzwiach dwóch nauczycieli omiatało wzrokiem snajpera po połowie sali. Gdy koncert był nudny, można było ćwiczyć spanie z otwartymi oczami. Co innego, gdy Chopina grał prof. Andrzej Jasiński , wychowawca Krystiana Zimermana. Wtedy nikt nie drzemał i nie ruszał szczęką. Genialna muzyka wyzwolona przez wielki talent z naszego szkolnego, rozstrojonego zwykle fortepianu radziła sobie z każdym uchem , nawet tym z drewna. Kiedyś zamiast koncertu gościliśmy teatr pantomimy. Umiejętności artystów wywołały w nas taki zachwyt ,że po wyjściu z auli usiłowaliśmy ich naśladować, co wywołało komentarz ukochanego Wychowawcy, znanego z siły spokoju i ciętych ripost: „zawsze mówiłem, że przydałby się tu czasem psychiatra, ale nikt mnie nie słucha". Wszystkie teatry świata mogą buty czyścić szkolnym przedstawieniom i nie chodzi mi o jakieś tam apele czy akademie „ku czci", ale o prawdziwe szkolne „theatrum". Gdy byłam w pierwszej klasie liceum, jedna z pań polonistek z grupą uczniów postanowiła wystawić sztukę na podstawie powieści Wł. Reymonta „Chłopi". Przygotowania i próby trwały długo, obsada była międzyklasowa. Trochę kolegom aktorom wszyscy zazdrościli, bo wystąpić w stroju wypożyczonym z teatru, w dekoracjach, przy kolorowych światłach, to nie to samo co klepać wiersz w białej bluzce , którego oprócz polonistki nikt nie słucha. Dzisiaj młodzież na to mówi obciach. Wreszcie nadszedł dzień premiery. Szkolne przedstawienie nigdy nie może zacząć się punktualnie , bo przedtem zawsze coś się urwie, rozerwie, albo aktor gdzieś się zapodzieje. Wreszcie kurtyna rozsunęła się i ruszyli. Koledzy grali pięknie i z wielkim zaangażowaniem . To był ich wielki sukces, natomiast my jako widzowie daliśmy totalną klapę, bo zachowywaliśmy się nie jak w teatrze, a w cyrku. Im było tragiczniej na scenie, tym głośniej biliśmy brawo i śmiali się do rozpuku. Jeśli Reymontowi obce były prawa młodości ,to przewrócił się w grobie ze zdziwienia, bo nie wiedział ,że dostał Nobla za komedię. Gdy człowiek jest w wieku przedmaturalnym i nie nosi w sobie rodzinnej traumy ,to cieszy się byle czym, a najcenniejszą rzeczą jest posiadanie kumpli, którzy potrafią się wygłupiać. Nam wystarczyło, że zobaczyliśmy kolegów w strojach i charakteryzacji i już ubaw był po pachy. Czy można zapomnieć o takiej szkole, nawet jeśli jest się już pięknie dojrzałym? Zaczęłam od zegara i o zegarze zakończę. Wszystkim , którzy dbają o to ,aby nasza szkoła odzyskała blask, Profesorom i Absolwentom, żyjącym i tym patrzącym z nieba oraz aktualnym Uczniom dedykuję fragment wiersza Kornela Makuszyńskiego pod tytułem: „Rozmowa z zegarem".
Czy też pamiętasz, stary mój zegarze, Jak w słońce tarczy twojej patrzył żak I marzył o tym, o czym ja dziś marzę? Pamiętasz jeszcze ? O, tak, o tak, o tak!
Ode dnia do dnia, od chwili do chwili Żyliśmy życiu mądremu na wspak Godziny marły, a myśmy liczyli Szczęście na wieczność... O, tak, o tak, o tak! (.............................) O, jak to dawno, Sokratesie stary! Złamanym skrzydłem tłucze ślepy ptak... Serca się psują, psują się zegary, Wszystko umiera... O, tak, o tak, o tak!
Ale raz jeszcze przypomnijmy wzloty, Wracajmy myślą na gwiaździsty szlak! Cofnij wskazówki i lećmy w wiek złoty... Niech żyje młodość ! O, tak, o tak, o tak! |
|
| Zmieniony ( 29.03.2010. ) |