|
Nadeszła wiosna. Zniknął z ulic śnieg i lód. Jadę ulicą
Gimnazjalną, mijam budynek Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Jana III Sobieskiego. W
przyszłym roku minie 40 lat, gdy odeszłam stąd ze
świadectwem maturalnym. Szkoła w
remoncie , a mimo to pracuje. Harmonogram
robót imponujący: kompletna termomodernizacja budynku, remont
sali gimnastycznej ,auli, sali audiowizualnej, sanitariatów, wykonanie wejścia dla niepełnosprawnych. Już widać nowe okna i
tynki, piękna oszklona klatka schodowa błyśnie w słońcu. Władze miasta zafundowały lifting matecznikowi piekarskiej inteligencji i to za sumę ponad 3100 000 zł , z czego ¼ to środki własne , a reszta z
EFRR. W 2012 roku budynek szkoły ukończy
80 lat. Aktualnie jest to szkoła trzech
pokoleń: uczniowie, nauczyciele i Piekarski Uniwersytet Trzeciego Wieku. Szkołę można oceniać z różnego punktu
widzenia ,ale najważniejsze kryterium to jej absolwenci. Jest nas już kilka
tysięcy. Ta liczba rośnie z roku na rok. Mało jest dziedzin i miejsc pracy, gdzie nas nie ma : humaniści,
ścisłowcy , inżynierowie, lekarze, duchowni, prawnicy, nauczyciele,
dziennikarze ,naukowcy, prezydenci miast, posłowie itd. Kiedyś
nauka w liceum trwała 4 lata, a więc i więzi miedzy nami i szkołą były
silniejsze.
Na elewacji, po lewej stronie klatki
schodowej jest zegar. Czeka na remont zgodnie z harmonogramem. Zastygł w
bezruchu ze starości, albo biedak nie nadążał. Ludzie mówią ,że dzisiaj czas
tak goni, że nie opłaca się rozbierać choinki. Zegar i dzwonek to najważniejsze urządzenia w
każdej szkole. W czasie odpytywania człowiek wznosi modły, aby ten pierwszy
przyspieszył , a ten drugi zadzwonił. Odwrotna sytuacja jest w czasie klasówki, gdy czeka się na upragnioną ściągę. „Za moich czasów" zdarzało się, że wybawieniem
z
krytycznych sytuacji był koncert.
Raz w miesiącu autobus z Filharmonii Śląskiej przywoził do nas artystów i prelegenta, więc resztę lekcji mieliśmy z
głowy. Szkoła zawsze dbała o to ,aby uczniowie byli w przyszłości nie tylko świetnymi
fachowcami, ale też intelektualistami, tzn. osobnikami, którzy już zawsze będą odczuwać potrzebę nazywaną 2K , co oznacza : książka i kultura.
W czasie koncertu uczniowska starszyzna siedziała na balkonie, bo tam można
było jeść i grać w okręty. Na parterze , w pierwszym rzędzie siedziało grono
profesorskie, a za nimi ciasno na trzeszczących , składanych krzesłach reszta
szkoły. W drzwiach dwóch nauczycieli
omiatało wzrokiem snajpera po połowie sali. Gdy koncert był nudny, można było
ćwiczyć spanie z otwartymi oczami. Co innego, gdy Chopina grał prof. Andrzej Jasiński ,
wychowawca Krystiana Zimermana. Wtedy
nikt nie drzemał i nie ruszał szczęką. Genialna muzyka wyzwolona przez wielki
talent z naszego szkolnego, rozstrojonego zwykle fortepianu radziła sobie z
każdym uchem , nawet tym z drewna. Kiedyś zamiast koncertu gościliśmy teatr
pantomimy. Umiejętności artystów
wywołały w nas taki zachwyt ,że po wyjściu z auli usiłowaliśmy ich
naśladować, co wywołało komentarz ukochanego Wychowawcy, znanego z siły
spokoju i ciętych ripost: „zawsze
mówiłem, że przydałby się tu czasem psychiatra, ale nikt mnie nie słucha".
Wszystkie teatry świata mogą buty czyścić szkolnym
przedstawieniom i nie chodzi mi o jakieś
tam apele czy akademie „ku czci", ale o prawdziwe szkolne „theatrum". Gdy byłam
w pierwszej klasie liceum, jedna z pań polonistek z grupą uczniów postanowiła wystawić sztukę na podstawie powieści Wł.
Reymonta „Chłopi". Przygotowania i próby trwały długo, obsada była
międzyklasowa. Trochę kolegom aktorom
wszyscy zazdrościli, bo wystąpić w stroju wypożyczonym z teatru, w dekoracjach,
przy kolorowych światłach, to nie to samo co klepać wiersz w białej bluzce ,
którego oprócz polonistki nikt nie
słucha. Dzisiaj młodzież na to mówi obciach.
Wreszcie nadszedł dzień
premiery. Szkolne przedstawienie nigdy nie
może zacząć się punktualnie , bo przedtem zawsze coś się urwie, rozerwie, albo
aktor gdzieś się zapodzieje. Wreszcie
kurtyna rozsunęła się i ruszyli. Koledzy grali pięknie i z wielkim
zaangażowaniem . To był ich wielki sukces, natomiast my jako widzowie daliśmy
totalną klapę, bo zachowywaliśmy się nie jak w teatrze, a w cyrku. Im było
tragiczniej na scenie, tym głośniej biliśmy brawo i śmiali się do rozpuku. Jeśli
Reymontowi obce były prawa młodości ,to przewrócił się w grobie ze zdziwienia,
bo nie wiedział ,że dostał Nobla za
komedię. Gdy człowiek jest w wieku przedmaturalnym i nie nosi w sobie rodzinnej
traumy ,to cieszy się byle czym, a najcenniejszą rzeczą jest posiadanie kumpli,
którzy potrafią się wygłupiać. Nam wystarczyło, że zobaczyliśmy kolegów w strojach i charakteryzacji i już ubaw był po pachy. Czy można zapomnieć o takiej szkole,
nawet jeśli jest się już pięknie dojrzałym? Zaczęłam od zegara i o zegarze zakończę.
Wszystkim , którzy dbają o to ,aby nasza szkoła odzyskała
blask, Profesorom i Absolwentom, żyjącym i tym patrzącym
z nieba oraz aktualnym Uczniom dedykuję fragment
wiersza Kornela Makuszyńskiego pod
tytułem: „Rozmowa z zegarem".
Czy też pamiętasz, stary mój zegarze,
Jak w
słońce tarczy twojej patrzył żak
I marzył o tym, o czym ja dziś marzę?
Pamiętasz
jeszcze ? O, tak, o tak, o tak!
Ode dnia do dnia, od chwili do chwili
Żyliśmy życiu mądremu na wspak
Godziny marły, a myśmy liczyli
Szczęście
na wieczność... O, tak, o tak, o tak!
(.............................)
O, jak to dawno, Sokratesie stary!
Złamanym skrzydłem tłucze ślepy ptak...
Serca się psują, psują
się zegary,
Wszystko umiera... O, tak, o tak, o tak!
Ale raz jeszcze przypomnijmy wzloty,
Wracajmy myślą na gwiaździsty szlak!
Cofnij
wskazówki i lećmy w wiek złoty...
Niech żyje młodość ! O, tak, o tak, o tak!
|